Plastikowe roboty rodem z "Ja, robot" przebrane za żałosne, jednowymiarowe "zombie", aktorski egotyzm Willa Smitha aż wreszcie sztampowe "hollywoodzkie" zakończenie - czyli o tym jak długo wyczekiwana ekranizacja jednego z najlepszych opowiadań gatunku autorstwa Richarda Mathesona w sposób barbarzyński sprowadziła arcydzieło do poziomu średniej klasy amerykańskiego thrillera. Oto nasza recenzja filmu "Jestem legendą".
Spośród tegorocznego wysypu filmów o postapokaliptycznych losach świata (m.in. "28 tygodni później" czy "Resident Evil: Zagłada") "Jestem legendą" był tytułem, na który ostrzyłem zęby najbardziej. Apetyt wzrósł jeszcze, kiedy David Slade zaserwował schematyczne, ale dobre, pełnokrwiste "30 dni nocy". Idealna przystawka przed daniem głównym. A chef-lieu zapowiadało się naprawdę wybitnie. Miliony dolarów przeznaczone na efekty specjalne oraz rezerwację centrum Nowego Jorku pod plan zdjęciowy, w głównej roli aktor z "pierwszej ligi" (dodatkowe kilka milionów?), a jako podstawa scenariusza opowiadanie zaliczane do ścisłej czołówki gatunku s-f. Wydawałoby się, gotowy przepis na filmowy hit roku. Do ostatniej chwili wszystko na to wskazywało. Przed samą premierą atmosferę podgrzały jeszcze bardzo umiejętnie skompilowane zwiastuny. Ich zagadkowość pozwalała przypuszczać, że poza widowiskowymi scenami akcji czai się (wreszcie!) niebanalna historia.
Niestety. Autorzy "Jestem legendą" z premedytacją zmarnowali ten ogromny potencjał. To, co stanowiło o oryginalności i ponadczasowości opowiadania Richarda Mathesona zostało przez nich konsekwentnie skrojone do postaci (jedynie) typowego widowiskowego amerykańskiego kina akcji. Wielowymiarowa historia pozbawiona została jakiejkolwiek metafizyki, a fenomenalne i zaskakujące zakończenie zastąpiła łatwostrawna papka o "bohaterskim zbawieniu ludzkości".
Obrazowi z pewnością nie można odmówić rozmachu. Tysiące porzuconych w pośpiechu wraków samochodów, naznaczone zębem czasu przytłaczające drapacze chmur, ziejące pustką skrzyżowania wielkich arterii Manhattanu, czy wreszcie sekwencja burzonego Brooklyn Bridge, w której brało udział ponad tysiąc statystów - wszystko to skręcone jest z dbałością o najmniejsze szczegóły i razem z solidnie podrasowanym dźwiękiem, tak na początku jak i w każdej kolejnej odsłonie, robi naprawdę piorunujące wrażenie.
Mniej przekonujący jest już jednak najważniejszy element mathesonowskiego opowiadania - główny bohater. Skomplikowana i mocno rozchwiana emocjonalnie jednostka, która z niewiadomych dla siebie powodów "skazana" została na ocalenie z epidemii, zastąpiona została zdeterminowanym i pełnym patriotycznych uczuć amerykańskim wojskowym, niejako z zawodu, "bohaterem". Filmowy Robert Neville, w tej roli Will Smith, przeżywa wprawdzie od czasu do czasu drobne załamania nerwowe, są one jednak najczęściej bezpośrednim następstwem przykrych wydarzeń będących jego udziałem, nie odnoszą się natomiast do całej tej, co by nie powiedzieć, skomplikowanej sytuacji, w której się znalazł. Pozbawienie głównego bohatera części osobowości, scenarzyści starają się ratować tanio ckliwymi scenami, jak np. ta w której samotny Robert w desperacji próbuje poderwać... wystawowego manekina. Jeśli komuś wydaje się, że w przełamywaniu lodów w tego rodzaju kontaktach Will Smith pokazał aktorskie wyżyny, polecam przyjrzeć się bliżej Ryanowi Goslingowi w najnowszym "Lars and the Real Girl". O kolejnej "chwytliwej" scenie, w której Smith cytuje "Shreka" nie warto nawet wspominać.
W Robercie Neville'u trochę za dużo jest z gwiazdy Willa Smitha, nieco brakuje natomiast zdesperowanego, rozdartego wewnętrznie, znajdującego się na granicy szaleństwa Neville'a...
Niezrozumiałej przemianie uległ również kompan Roberta, pies "Sam". Z epizodycznej, ale niezwykle wymownej i ważnej roli przybłędy, urósł do rangi, nie mniejszego niż Smith, heroicznego bohatera. No tak. Najlepszy przyjaciel "człowieka legendy" nie może być przecież inny...
Ogromnemu uproszczeniu pod względem charakterologicznym uległy też książkowe wampiry. Zniknęło istotne rozróżnienie na wampiry "bardziej ludzkie" i te nadające się już jedynie do egzekucji. Wszyscy "zainfekowani" sprowadzeni zostali do prymitywnej, żądnej krwi kupy mięcha. Próżno zatem nasłuchiwać złowieszczych nawoływań Bena Cortmana, filmowe wampiry stać bowiem jedynie na mrożący krew w żyłach, przeraźliwy skowyt rozpaczy (swoją drogą nie byle jaki -"głosu" użyczył im sam Mike Patton!). Kreatury nie nadrabiają niestety wyglądem ani mechaniką. Szczególnie sztucznie prezentują się kiedy atakują większymi grupami. Są zdecydowanie "przekomputeryzowane" i zamiast napawać strachem, przywodzą na myśl plastikowe roboty rodem z "Ja, robot". W stosunku do naprawdę przerażających postaci z "30 dni nocy", prezentują się raczej niepoważnie.
Coś niepokojącego dzieje się również z napięciem w filmie. Po bardzo dobrze zbudowanych początkowych sekwencjach, kiedy to można nieraz - dosłownie -zjechać z wrażenia z fotela (szczególnie podczas sceny poszukiwań "Sam" w spowitym mrokiem pomieszczeniu) wszystkie kolejne są coraz bardziej naiwne (patrz. scena z "zainfekowanymi" psami). Po pewnym czasie ma się wrażenie, że utrzymujące się napięcie w dużej mierze stymulowane jest przy pomocy prymitywnego chwytu - "wystraszenia". Przy odpowiednim nagłośnieniu nawet najodporniejsi będą mimowolnie podskakiwać ze strachu.
Wszystkie powyższe "niedoskonałości" byłby jeszcze "do przełknięcia". Bogata warstwa wizualno-dzwiękowa, zapierający dech Nowy Jork i dość schematycznie, ale ogólnie całkiem nieźle poprowadzona akcja utrzymują film na powierzchni. Do dna jest raczej daleko, a w obliczu zbliżającego się rewelacyjnego rozwiązania, nawet fani prozy Richarda Mathesona, chętnie przymknęliby oko na wiele rażących zaniedbań.
Niestety, w momencie kiedy film staje przed ostatnią (jedyną?) szansą aby wzbić się ponad przeciętność, autorzy decydują się zastąpić genialne książkowe zakończenie wyjątkowo banalnym i mdłym "happy endem". Zabieg ten świadczy nie tylko o wyjątkowym braku dobrego smaku autorów, stanowi przede wszystkim świadectwo ich kompletnej ignorancji. Robert Neville z zupełnie z innych powodów stał się "legendą"!