Urok „Kac Vegas” w sporej mierze polegał na tym, iż film Todda Phillipsa był jednym z najbardziej niespodziewanych hitów zeszłego roku. Nikt nie był w stanie przewidzieć tak wielkiej popularności, stąd początkowa hurraoptymistyczna fala opinii i relacji. Jednak obraz Phillipsa pod komediową otoczką oferował jeszcze swego rodzaju sentymentalną refleksję. Z zewnątrz głupawa, nacechowana mało subtelnym humorem komedyjka o perypetiach skacowanych kumpli, którzy próbują odkryć tajemnice poprzedniego wieczora, opowieść ta okazała się być jednym z najznamienitszych ostatnimi czasy przykładów kina kumpelskiego, sprawiając, że mężczyźni (i nie tylko) odkryli w sobie ponownie duże, spragnione atrakcji i przygód dzieci. A na dodatek film był szalenie zabawny. Ponad rok po sukcesach „Kac Vegas” Todd Phillips powraca na ekrany kin z „Zanim odejdą wody”, komedią drogi opartą na nieco podobnych założeniach, ba – przy udziale sporej części tej samej ekipy realizacyjnej i z Zachem Galifianakisem w podobnej roli. Czy powtórka z rozrywki może sprzedać się równie dobrze? Czy jest w stanie doprowadzić do podobnych spazmów śmiechu?
Już na samym początku należy zaznaczyć, że nie warto traktować „Zanim odejdą wody” jako luźnej kontynuacji zeszłorocznego hitu. Choć Phillips i jego ekipa używają wielu patentów wypróbowanych przy okazji „Kac Vegas”, ich zamiarem nie jest powielanie przebojowej recepty, lecz uzyskanie przy jej pomocy nieco innego poziomu komediowej rozrywki. „Zanim odejdą wody” jest więc bardziej agresywne i dosłowne pod względem prezentowanego humoru (pies – masturbacja – sami zobaczycie), jest również z każdą kolejną sceną coraz mniej wiarygodne pod względem praw rzeczywistości (ucieczka przed patrolem granicznym, widowiskowa kraksa po „skoku” z mostu), ale równocześnie okazuje się być bardzo ładną i wyrazistą opowieścią o nietypowej, ale prawdziwej przyjaźni. To nie powinno za bardzo dziwić, jeśli zauważy się, iż Phillips oparł swój film mocno na klasycznym obrazie Johna Hughesa „Samoloty, pociągi i samochody”. Pod wieloma względami „Zanim odejdą wody” to jego luźny, uwspółcześniony remake – Robert Downey Jr. zastępuje Steve’a Martina w roli ułożonego do bólu człowieka, który przez przykry zbieg okoliczności zostaje zmuszony do powrotu do domu w towarzystwie gamoniowatego, gadatliwego ponad wszelką miarę nieznajomego – u Hughesa był to John Candy, u Phillipsa – Galifianakis. Abstrahując od detali dotyczących lokacji, pory roku czy używanych środków transportu, mechanizm ich podróży jest dokładnie taki sam – od początkowej skrajnej irytacji, szeregu kłótni i posuwania się do iście drastycznych środków perswazji, poprzez coraz lepsze zrozumienie i wzajemną pomoc w osiągnięciu wyznaczonego celu, na autentycznej przyjaźni kończąc.
Fabuła jest dziecinnie prosta. Peter Highman (Downey Jr.), odnoszący sukcesy architekt, pan własnego losu, człowiek niezwykle spięty i mający problemy z opanowaniem agresji, musi zdążyć w kilka dni do Los Angeles na poród swojego pierwszego dziecka. Przez zrządzenie losu zostaje wpisany na czarną listę linii lotniczych i musi rozpocząć podróż z aspirującym do zostania aktorem Ethanem (Galifianakis), ekscentrycznym, bezczelnie naiwnym mężczyzną-dzieckiem, który ma problemy z wpasowaniem się w jakiekolwiek ramy społeczne. Ich podróż przez pół Stanów Zjednoczonych Phillips prowadzi za pomocą wypróbowanych we wcześniejszych filmach („Ostra jazda”, „Old School”, „Starsky i Hutch”) środków – umieszczając na ich drodze dziwne sytuacje oraz epizodyczne spotkania z ekscentrycznymi, porządnie szurniętymi postaciami, które posuwają fabułę do przodu, pozwalając protagonistom się do siebie zbliżyć. W „Zanim odejdą wody” pojawiają się między innymi kaleki weteran wojenny, postrzelona dilerka marihuany czy gburowaty strażnik graniczny, wszyscy przezabawni w swoich odchyleniach, największą zaletą filmu są jednak relacje pomiędzy Peterem i Ethanem, które rzadko wykorzystywany w tego typu komedii Downey Jr. i ciągle niedoceniany Galifianakis odgrywają niemalże bezbłędnie. Perypetiom ich bohaterów czasami towarzyszy smutek, a czasami ekstatyczna radość, ale obaj aktorzy są fenomenalni w swoich emocjach i reakcjach. A sceny takie, jak narkotyczny odjazd w takt „Hey You” Pink Floyd mają sporą szansę na osiągnięcie statusu kultowości.
Nie jest to poziom „Kac Vegas”, w którym Phillips balansował na granicy dowcipnej przyzwoitości, na dodatek zachęcając do utożsamiania się z trójką głównych bohaterów (no, może najmniej z Alanem). „Zanim odejdą wody” jest raczej zbyt dosłowne, głośne, przesadzone i wybuchowe, by osiągnąć aż taki poziom emocji. Jest jednak równocześnie kolejnym udanym projektem Phillipsa, który w ramach przyjętej przez siebie konwencji dostarcza po prostu przedniej zabawy. A komediowy geniusz Downeya Jr. i Galifianakisa sprawia, że gdzieś pomiędzy kadrami przemyka się kumpelski duch z filmów Johna Hughesa. Czy ktoś się spodziewał czegoś więcej?